Jest przed 21.00, a dzieci wciąż nie śpią. Walczę głównie z Córką Drugą, która cierpi na nadmiar energii. A jeszcze parę dni temu padały „jak muchy” w wielkim łożu. Bo na urlopie były. A tam atrakcje. Morskie fale, plaża, rybka, frytki, lody, plac zabaw, las, łąka, pole.

Co jednak budziło grozę podczas urlopowego wypoczynku? Czego Matka bała się panicznie i przewidywała różne problemy i od razu obmyślała jak je rozwiązać? Najbardziej bała się, że któraś z córek powie „mamo, ja chcę siku”. O tak, stresujące. Bo toaleta jedna płatna. Płatna bardzo, a córka młodsza czasami myśli, że chce siku, a jednak nie chce i parę złotych zapłaciłam za wejście tylko i obejrzenie sedesu. A w krzaki to wstyd, bo jak to tak. Co innego nawalony co wieczór bezrobotny, ten to może sikać gdzie popadnie, ale mama z dwiema córkami musi latać po mieście i szukać wychodka. Ostatecznie może także iść do restauracji, zamówić obiad za 35 zł razy trzy i wysadzić kolejno dzieci w toalecie na zapleczu. Przy okazji musi też ogarnąć wózek, aparat fotograficzny, torebkę z piciem, torebkę z jedzeniem, torebkę z portfelem. I też gwarancji nie ma, że natychmiast po wyjściu z restauracji, nie będzie musiała z córką uwieszoną na przedramionach szukać krzaczka.

Poza tym krew. Krew na urlopie pojawić się musi. W końcu kolana gołe, łokcie gołe, ulice nieznane, ręce matczyne zajęte przez parawan, kocyk, litr mineralnej i żel na oparzenia słoneczne. A dzieci lecą. Na łeb, na szyję z klifu w Jastrzębiej Górze. Krew się lała wielokrotnie, z dwunastu plastrów zostały dwa, bandaż się jeno ostał, a matka musiała dokupić wodę utlenioną w sprayu, bo chusteczki odkażające okazały się mało wydajne. Jednak jak człek pomyśli że po poprzednich wakacjach ojciec dzieci wylądował na 5 godzin na izbie przyjęć szpitala pod Ciechocinkiem, a córka na 9 dni w lokalnym z rota wirusem stulecia, to wielbi Pana za te 10 zużytych plastrów i parę chusteczek nasączonych wodą utlenioną.

I koszty przerażają. Bo z jednej strony dzieci na wakacjach nie były od 2009 roku, zwłaszcza ta córka, która urodziła się w 2011 i można by poszaleć, a z drugiej po powrocie do domu też jest życie. I trzeba coś jeść, rachunki zapłacić. A tutaj ryba po dwie dychy, do tego frytki w cenie całego worka mrożonych z Lidla, a gofry kosztują tyle, że za dwa zapłaciłam więcej niż za blachę ciasta daję babie na rynku. Dlatego na śniadanie i kolacje suchy chleb z pasztetem, by koszty minimalizować, a na obiad te frytki dwie w cenie jak za kilogram, plus trochę ości obłożonych rybą, ale gadać nikt nie będzie, że dzieci nad morzem jadły makaron z twarogiem.

I tak, nieco umęczona, bez plastrów, z chudym portfelem, trzecią setką zdjęć w Canonie i dziećmi strzaskanymi na mahoń, wróciłam z wakacji nad morzem. I z wielkim pawiem na tapicerce, bo w drodze powrotnej okazało się, że chyba od tego patrzenia na morze córka dostała morskiej choroby.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz