Jako matka więcej niż jednego potomka doskonale czuję różnicę w podejściu do pierwszego i kolejnego dziecka. To pierwsze było dużo bardziej uprzywilejowane. Wszystko było z nim bardziej i mocniej. Robiłam wszystko pierwszy raz i tak naprawdę nie wiedziałam, ile energii powinnam w poszczególne czynności włożyć, dawałam więc z siebie maksimum. 🙂

Dziś, w przeddzień 5. urodzin Pierwszego wróciły do mnie wspomnienia jego „roczku”, który był zorganizowany, powiedziałabym, z rozmachem, bo „imprezowaliśmy” w domu dwa dni. Byłam wtedy bardzo skoncentrowaną matką tylko jednego dziecka i nie miałam aż tulu obowiązków co teraz, nie wyobrażałam więc sobie, że odpuszczę celebrację tego dnia i nie zaproszę do nas wszystkich możliwych osób.

Tak więc pierwsza, rodzinna impreza z okazji „Roczku” odbyła się późnym popołudniem, a następnego dnia druga – dla przyjaciół. Nasze mieszkanie nie pomieściłoby wszystkich na raz. Wtedy nie pracowałam tyle, ile teraz co sprawiło, że czasu miałam odpowiednią ilość na wszystko. Za punkt honoru przyjęłam sobie więc wyprawienie urodzin idealnych, z doskonałym self-cateringiem i domowej roboty wypiekami oraz ręcznymi dekoracjami w całym mieszkaniu (bo co się stanie gdy ktoś pójdzie do łazienki i tam nie będzie odpowiedniej oprawy?). Miałam nadzieję zadowolić wszystkich z uśmiechem i nieskazitelnym makijażem na twarzy, a przede wszystkim – sprawić radość Pierwszemu i w pewien sposób podziękować za ten Pierwszy Rok, którego mogło nie być i który był cudowną nauka miłości, pokory i organizacji czasu.

Oczywiście wyszło jak zwykle… Czyli zdążyłam zrobić catering, ale sałatka z awokado była bez awokado.  Torty „padły“ i na szybko kupiłam inne w cukierni. Przepraszam wszystkich wtedy obecnych, którzy do dziś myślą, że były mojego autorstwa… Dekoracje zajęły mi za dużo czasu, ale nie ma się co dziwić – w końcu zmontowanie papierowej „1“ o wysokości ponad metr z arkuszy A4 to nie lada wyzwanie. Balony mające unosić się pod sufitem elegancko wyłożyły się na podłodze, przez co każdorazowe przejście z czymkolwiek lub po cokolwiek z salonu do kuchni wyglądało jak ekwilibrystyczny taniec skazanej na własny perfekcjonizm matki. O makijażu nawet nie wiem co napisać, jakbym zapomniała, że coś takiego istnieje… a jestem typem, który musi wrzucić lekką tapetkę, żeby się jakoś prezentować. 🙂

Pierwszy oglądał prezenty jedynie z zewnątrz, wkurzał się na kołnierzyk od koszuli, a pokój, gdzie siedział tłum gości omijał szerokim łukiem. Brokułowo-szpinakowe kulki z serem cheddar wepchnął do gardła tacie zastępując je dwoma kawałkami kupnego tortu z nie-wiadomo-jakiego pochodzenia kremem, który uczulił go na trzy dni. Narobiłam się jak wół, nalatałam jak mewa, głodna byłam jak wilk i wyglądałam jak własna służąca, a dziecko zasnęło o północy z powodu zbyt dużej ilości bodźców.

Wtedy zrozumiałam, że to nieważne ile przyjdzie gości, ile zrobię sałatek i czy upiekę tort. Łazienka nie musi być placem zabaw a przedpokój magazynem prezentów. I zupełnie zmieniłam podejście do Pierwszych Urodzin Drugiego. Nie zorganizowałam rodzinnej nasiadówki tylko po to, żeby mieć powód do spotkania, bo rodzina powinna spotykać się bez powodu. Bez (prawie) żadnych wyrzutów sumienia po prostu wyjechaliśmy. Spędziliśmy tydzień w podróży i zwiedziliśmy Paryż i Disneylad. Zabawę mieliśmy wszyscy – choć Drugi nie skorzystał z wielu atrakcji, to czas wspólnie spędzony był bezcenny.

Ta decyzja o ucieczce od wyprawienia Drugiemu hucznych Pierwszych Urodzin wcale nie była łatwa… Ale po czasie muszę przyznać, że bardzo słuszna! Tobie radzę to samo. Jeśli nie śpisz po nocach, skrupulatnie planujesz menu i stylizacje całej rodziny, spędzasz godziny na poszukiwaniu tortu idealnego – nie czekaj, uciekaj! Od kupnych tortów, niedoprawionych sałatek i sterty naczyń do umycia potem, bo być może tak jak my – nie masz zmywarki.

Może i trochę chcieliśmy by była z nami rodzina, by Drugi zdmuchnął swoją pierwszą świeczkę wśród bliskich i żeby miał swoją pierwszą imprezę. Ale logika i rozum na szczęście szybko przyszły z odsieczą i zapewniły nam spokój, relaks i po prostu – wspólnie spędzony czas. Bo to nie sztuka wyglądać jak własna służąca, czuć się jak idź stąd i nie wracaj i myśleć tylko o tym, czy każdy ma czysty talerz. Sztuką jest umieć to wszystko olać i uciec! 🙂

Gdziekolwiek. Do babci, na wieś, nad morze, na wakacje. Na weekend. Wymyśl sobie ile czasu chciałabyś w ten wyjątkowy dzień spędzić ze swoim dzieckiem, odejmij od tego czas na gotowanie, pieczenie i sprzątanie i wyjdzie Ci, że jesteś do tyłu co najmniej 5 godzin. A że ja jestem głupią perfekcjonistką i jak tort to wielki, a najlepiej dwa, a jak ciasta – to trzy, a jak sałatki to na pewno takie, żeby wzbudzały zachwyt. O nie, nie, moi drodzy, nie tym razem. Już to przerabiałam :).

Nie muszę udowadniać całemu światu jak ważny jest dla mnie mój syn organizując Urodziny Roku. Wiem też, że nie muszę nic udowadniać jemu – wystarczy, że po prostu będę przy nim. Pierwsze Urodziny dziecka to nie test na supermatkę. To pierwsze święto wspólnego rodzicielstwa i symboliczny moment, od którego wszystko zaczynamy już robić drugi raz. Warto spędzić ten dzień po prostu razem, dostrzegając wzajemnie siebie jako Rodzinę.

Już dwa razy mogłam dziękować moim dzieciom za pierwszy rok. Niedługo, podziękuję Pierwszemu po raz piąty, a Drugiemu po raz drugi. Każdego następnego dnia dziękować im będę, że wybrali mnie na swoją mamę.

2 KOMENTARZY

  1. Brawo! Czas z rodziną najbliższ czyli: maz i własne dzieci jest najważniejszy. Co tam jakieś ciotki i wujkowie… 😉

Odpowiedz