Zapowiadają się białe święta. Uznałam, że dopóki biała jest Wielkanoc, a nie Boże Ciało, to wszystko mieści się w normie i właściwie mi to wisi. Wielkanocy nigdy nie lubiłam. Pewnie dlatego, że wyznaniowo jestem nijaka i nie znoszę starych jajek. Tak, tak, dla mnie jajo ze święconki jest stare.

Mama zawsze gotowała wszystkie jajka w sobotę, ja z siostrą szłam święcić, a następnego dnia trzeba było je jeść. Nie dość, że na twardo, to jeszcze żółtko najczęściej miało zielonkawą obwódkę. Fuj, fuj, fuj. I w ogóle te potrawy wielkanocne nijakie. Mazurka mama nigdy nie piekła, łapaliśmy się jedynie na sernik. Ja nieco Wielkanoc w domu oswoiłam, bo nauczyłam się piec także przepyszną babkę z ajerkoniakiem i krówkami, a mąż co święta wyrabiał blok czekoladowy a la PRL, z bakaliami i dużą ilością herbatników. Nie wiem czemu akurat blok i czemu na Wielkanoc, ale przynajmniej mieliśmy swoją tradycję.

Tradycją też było w moim własnym domu jedzenie jajecznicy zamiast tych pieruńskich starych jajek. Kiedyś się nawet z mamą mocno pokłóciłam o tę jajecznicę. Jak normalna rodzina spędzałyśmy święta na Gadu-Gadu i przyznałam się, że święconki nie mieliśmy, za to mąż zrobił jajecznicę na parówkach i cebuli. Dopiero, gdy znalazłam jakiś artykuł, w którym stało, że Kaszubi na śniadanie wielkanocne bardzo często jadają jajecznicę, mamę udało się załagodzić. Kit z tym, że ze mnie Kaszubka, jak z koziej … trąbka, ale tradycja to tradycja.

Ostatecznie w moim domu zrobiło się bardziej świątecznie, gdy starsza córka była w stanie donieść święconkę do kościoła. Zaczęłam więc przyozdabiać jajka, nawet kupiłam koszyczek, kombinować, co do niego włożyć, ubierać się odświętnie i dreptać, by poświęcić dobra. Na zieloną otoczkę na żółtku jajka zaczęłam patrzeć z przymrużeniem oka, a z samego jajka robić obficie posmarowaną majonezem i ketchupem kanapkę.

W tym roku święta będą zupełnie inne niż do tej pory. Bloku czekoladowego nie będzie, bo wykonawca się od nas mocno zdystansował i odwiedził nas tydzień przed świętami. Ale wykonaliśmy rodzinnie palmę do przedszkola. Najpierw ja biegałam po sklepach i szukałam krepiny, kijka i wstążeczki oraz wydzwaniałam do koleżanki z pytaniem, czy to wystarczy, czy trzeba kupić jeszcze drut wiązałkowy. Tata moich córek całość wykonał, a starsza córka trzymała elementy, które wstępnie trzeba było związać nitką, bo z drutu jednak zrezygnowaliśmy. Efekt był taki, że nic nie wygraliśmy w przedszkolnym konkursie, ale i tak jesteśmy z siebie dumni.

Za to mam zamiar upiec mazurka, sernik i babeczki z malinami. Jak znam własną mamę jajecznicy nie będzie, bo jajecznicę obecnie jadamy co niedzielę (dla tych, co nie wiedzą: mieszkam teraz z rodzicami pod jednym dachem). Poza tym w święconce na pewno niczego nie zabraknie, bo co dwie gospodynie domowe, to nie jedna. W zeszłym roku na przykład zapomniałam o kromce chleba. W Polsacie pewnie będzie „Kevin sam w domu” z racji bożonarodzeniowej aury za oknem, a wiele osób już żałuje, że wyniosło choinki na śmietnik, bo akurat by się przydały. I tak podsumowując radośnie kiepskim nośnikiem tradycji jestem i właściwie święta miały dla mnie znaczenie, gdy chodziłam do szkoły albo pracowałam na etacie. Teraz niewiele różnią się od codzienności. I wcale nie dlatego, że każdy mój dzień to święto, lecz dlatego, że święta stały się zwyczajne, już nie są emocjonujące, już się znudziły. I tylko dzieci, które przeżywają jajeczka, kurczaczki, koszyczki, prezenty warte są tego, bym o nich pamiętała.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz