Jesienią przeżyłam przeprowadzkę. A właściwie przeżyłyśmy: moje dwie małe córki i ja. Napisać o przeprowadzce biorąc pod uwagę zachowanie moich dzieci jest trudne. Łatwiej by mi było napisać o moim kocie, który kilka lat wcześniej po przeprowadzce przez kolejne dwa tygodnie musiał otrzymywać proszki uspokajające. Dlatego w tej przeprowadzce nie uczestniczył.

Postanowiłam oddać swoje mieszkanie razem z kotami. A że wynajmuję je własnej siostrze, to kotom zdecydowanie zmiana właścicieli się przysłużyła. Mieszkanie zostało, a zamiast hałaśliwej, czteroosobowej rodziny przyszła pani doktor, która ma czas pomiziać, kupuje smaczne przekąski i nie drze gęby od 5 nad ranem, jak to miały w zwyczaju moje pociechy.

I tutaj Matkę Sanepid oczywiście poniosło, ale już wracam do sedna.

Chociaż moja przeprowadzka przebiegała w dużym napięciu, dzieci zniosły ją lepiej ode mnie i moich rodziców, do których musiałam się wprowadzić, by pomniejszyć koszty życiowe. Bez wsparcia małżonka, z którym się właśnie wtedy rozstałam, było to jedyne rozwiązanie.

Jak dzisiaj pamiętam moment, kiedy moja niespełna czteroletnia córka przyszła z mądrą radą:

– Jak ty tak ciągle płaczesz, to lepiej już jeźdźmy do tej babci.

I tak, po kilku latach mieszkania we własnym M3 trafiłyśmy do malutkiego pokoiku u dziadków. Po dobie spędzonej na meblach ustawionych pod sam sufit przeniosłyśmy się do pokoju nieco większego, z nadzieją, że za miesiąc-dwa warunki się polepszą. Polepszyły się dopiero po pół roku. Czas ten mocno odchorowała babcia z dziadkiem, ja całe sześć miesięcy przepłakałam, a córki tymczasem… zadomowiły się na dobre. Były tak wyluzowane, że bez przeszkód robiły hałas o świcie, zaburzyły dziadkom plan dnia, porozlewały napoje przeróżne na babcine krzesła i kanapę i porozkładały swoje kąpielowe zabawki w całej łazience. Córka Druga pokochała koty, Córka Pierwsza polubiła psa i nawet doceniać obie zaczęły podwórko, z którego co prawda nie ma tak fajnych widoków jak z balkonu na trzecim piętrze, ale za to są mrowiska, zdechłe myszy w zalanej deszczówką piaskownicy, dżdżownice pod zjeżdżalnią i dwa konie za płotem, które można karmić trawą.

Córki także drepczą regularnie na śniadania do babci i dziadka. Wyjadają im słodycze, a Córka Pierwsza za każdym razem raczy dziadka opowieściami o przedszkolu, o ranach ciętych i siniakach zdobytych na rowerze i zakupach wszelakich, jakie poczyniłam, chcąc mieć córkę w miarę dobrze odzianą, gdy tylko ten wraca z pracy i chce w spokoju zjeść obiad.

Nikt tak dobrze na zmianie lokum nie wyszedł jak one. W końcu teraz rzadko które dzieci mają szansę na życie w wielopokoleniowej rodzinie. A dziecięca elastyczność, umiejętność dostosowywania się i dar widzenia tylko pozytywnych aspektów sprzyja nam wszystkim.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz