– Znalazłaś ten dokument z banku?

– Nieeee. Nie ogarniam.. Nigdy nie ogarniałam papierów, a teraz tym bardziej! Dlatego ty się tym zajmowałeś! – napisałam mężowi podczas naszej gadu-gadu dyskusji z serii: ”znajdź cholernie ważny papier, zeskanuj i mi go wyślij”.

Bo ja ogarniam prawie wszystko. Najczęściej wzrokiem. Ale z papierami sobie nie radzę. Po kilku miesiącach działalności na własną rękę znalazłam księgową, która siłą rzeczy wymusiła na mnie zbieranie dokumentów i regularne przynoszenie do niej. Chociaż wpadki się zdarzają. Na przykład ostatnio jakiegoś PITa znalazłam w teczce, którą podpisałam “alimenty”. W teczce tej znalazłam także faktury za telefon i masę paragonów. Już dawno niepotrzebnych, bo sprawa o alimenty zakończyła się w lutym. A te paragony to w sądzie składałam w październiku, więc psu na budę one. I tak robiłam zawsze z tymi papierami, że wkładałam gdzieś, gdzie nie powinnam, a potem ich szukałam, więc dzieci na to wpływu nie mają żadnego.

Odkąd są dzieci, jestem tylko troszkę bardziej nerwowa, częściej przeklinam i wszystkich poganiam. Zdanie zaczynam od “cholera jasna” (to nie przekleństwo) i około południa zaczynam powtarzać w kółko, że zaraz zwariuję. Pracuję w domu, jednocześnie doglądając dzieci, więc uwagę mam podzielną. Bardzo. Bo córki nie dają o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Zmienił mi się jednak pogląd na życie, bo gdy dzisiaj córki rozłożyły placki ciastoliny na podłodze i zaczęły je ugniatać gołymi stopami uznałam, że to super, że się cicho bawią i niczego nie chcą ode mnie.

Trochę łatwiej jest, gdy z dwóch córek robi się jedna. Ta starsza chodzi do przedszkola. Chodzi? Nie, zawożę ją. Wstajemy o 7.15, ubieramy się, dopijam kawę przed kompem i wiozę. 10 kilometrów, niedaleko. Młodsza w tym czasie siedzi u babci przed TV, ogląda bajkę, dojada kanapkę. Potem troszkę ogarniam mieszkanie przy asyście młodszej, więc to ogarnianie to w sumie większego sensu nie ma. Grunt, żeby odkurzyć podłogę, pozbierać zabawki, przetrzeć szafki. Obiad robi babcia. Bo my jesteśmy na gościnnych występach i nie mamy kuchni. A babcia woli sama w tej swojej kanciapce gotować, co bym się jej nie rządziła i nie psuła atmosfery. Ale jak będzie kuchnia to będę gotować. Wodę na pyzy mrożone. Czasami zrobię też schabowego. Nawet taki żart jest:

– Umiesz robić schabowe?

– Umiem.

– Wyjdziesz za mnie?

Bo umiem robić schabowe, ale za gotowaniem nie przepadam. Za to piekę ciasta, za każdym razem inne. I wtedy wszyscy się pytają:

– Kiedy ty znajdujesz czas na pieczenie?

Otóż pieczenie jest moim wentylem bezpieczeństwa. Jak mam łapy upaćkane mąką i jajami nie tykam dzieci, które czasami chętnie bym rozszarpała. Chociaż dzisiaj akurat przy ozdabianiu babeczek najbardziej mi dopiekły (nomen omen) dzieci, bo włożyły paluchy w lukier, by wygrzebać z niego małe słodkie kuleczki. Myślałam, że wyjdę z siebie…

I tak mam. Ciągle. I w sumie bycie matką to dla mnie życie w hałasie. Naprawdę nie mam problemu ze zdążaniem na czas, jeśli się z kim umówię, z organizowaniem sobie pracy w domu, z porządkami, z ubieraniem dzieci, z myciem, karmieniem, mimo że od pół roku pełnię honory samotnej matki z dwójką dzieci. Problem mam z hałasem, wiecznym “Maaaaamoooo daj/zrób/podmuchaj/pomóż”. Dopiero wtedy pod nosem szepcę “no ja pierd***ę” i zastanawiam się, jak ja się mogłam w to wpakować. Ale z ogarnianiem problemu nie mam. Zwłaszcza, gdy ogarniam wzrokiem…


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz