Przy okazji rozmyślania o wakacjach opowiedziałam babci pewną historię, jaka przydarzyła nam się podczas krótkiego urlopu nad morzem. Myślę, że warta opisania, chociaż czytelnicy do mnie „na poważnie” nie przywykli. Rzecz będzie na temat dzielenia się zabawkami. A dokładniej o tym, że nie lubię, gdy moje dzieci są do tego zmuszane.

Wyobraźmy sobie sytuację, że idę na plażę i widzę ładny parasol. Pod parasolem siedzi pani z panem, czytają książki, wypoczywają, relaksują się. A ja podchodzę i mówię:

– Podoba mi się państwa parasol. Wezmę sobie na godzinkę, bo nie mam żadnego.

Prawdopodobnie potraktowaliby mnie z buta lub wzięli za wariatkę. Dlaczego więc moje dzieci ciągle są takim państwem, którym ktoś chce parasol zabrać?

Kupiłam córkom przyczepkę do piaskownicy. Duża, kolorowa, z udźwigiem do 50 kilogramów, lekka, idealna do wożenia tobołów na plażę. Córki woziły w niej wiaderka z wodą i piaskiem, łopatki, kamienie, muszelki. Aż przyszła dziewczynka, na oko czteroletnia i zaczęła się kręcić w pobliżu przyczepki. Córki zmierzyły ją wzrokiem i nieco się odsunęły. Delikatnie namawiałam je, żeby się dziewczynce przedstawiły i może pobawiły razem. Starsza córka była wyraźnie zawstydzona, młodsza w ogóle ma dystans do dzieci, woli dorosłych. Wiem jednak, że jeśli znają jakieś dziecko, to potrafią się świetnie bawić, dzielić zabawkami, nie wyrywają sobie ich nawzajem i zawsze są z takiej zabawy zadowolone. Ale dziewczynka była obca i tak od razu napadła na ich zabawki. Powiedziałam więc małej, że moje dzieci bawią się tą przyczepką i raczej nie mają ochoty na to, by ją komuś użyczać. Dziewczynka odeszła więc w stronę swoich rodziców, ale ci zaczęli ją przekonywać, żeby do nas wróciła. Ponownie podeszła do przyczepki, złapała za rączkę i zaczęła ciągnąć w stronę kocyka rodziców. Moje dzieci wpadły w popłoch, ja zaczęłam tłumaczyć dziewczynce, żeby nie zabierała przyczepki, rodzice jej mieli ubaw po pachy. Ostatecznie odpuścili, a moje córki mogły się bawić swobodnie.

Później podszedł także chłopiec i bardzo grzecznie spytał, czy mógłby na chwilę pożyczyć dwa wiaderka, żeby nabrać wody z morza i wlać ją do fosy wybudowanego przez siebie zamku z piasku. Córki podały wiaderka, poczekały dwie minuty i otrzymały je z powrotem. Czyli potrafią się dzielić, robią to jednak wtedy, kiedy mają na to ochotę, a nie gdy są do tego zmuszane.

I ja mam tak samo. Uważam, że mam prawo do tego, by nie pożyczać. Potrafiłam dać sąsiadce na cały dzień własne auto, gdy nawalił jej samochód, ale nie zrobiłabym tego samego, gdyby poprosił o to inny sąsiad, mniej ze mną zaprzyjaźniony. Tak samo one mogą wybierać komu i co pożyczają i jednocześnie nie mają pretensji, gdy ktoś nie pożyczy im. A już zmuszanie ich do tego przez obce mi osoby, wzmaga we mnie przekonanie, że muszą się nauczyć walczyć o swoje.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz