Znana jestem z tego, że nie znosiłam karmienia piersią. No dobrze, jestem też znana jako autorka książki i bloga, ale czasami, gdy pewne wydawnictwo specjalizujące się w książkach o rodzicielstwie bliskości poleca moją twórczość, pojawiają się głosy: “Jak możecie? Przecież ona jest przeciwniczką karmienia piersią.”

A tam, od razu przeciwniczką… Nie lubię po prostu tego górnolotnego tonu doradczyń laktacyjnych i zwolenników karmienia, którzy często wręcz od czci i wiary odsądzają te mamy, które z przyczyn różnych postawiły na flaszkę z proszkiem. A ja tymczasem jestem zwolenniczką noszenia dzieci, spania z nimi w jednym łóżku i długiego karmienia… Pod warunkiem, że obu stronom to pasuje. A mi nie pasowało.

Przygotowywałam się do karmienia podczas zajęć w szkole rodzenia. Znałam teorię lepiej niż własną kieszeń. Przekonana byłam, że dam radę. Wiedziałam, że nie powinnam podawać smoczka, butli, że na początku pokarmu jest mało i więcej go być nie musi, bo dziecko mało je, wiedziałam, że niemowlę może mieć alergię na białko mleka krowiego, że może wisieć na piersi 24 godziny na dobę. Miałam super podusię do karmienia, nie miałam za to butelek ani innego asortymentu, by malucha karmić modyfikowanym mlekiem. Wbiłam sobie do głowy, że mleko z piersi jest najlepsze, najtańsze, najsmaczniejsze, optymalne, a ja karmiąc będę chuda, zdrowa i uchodzić będę nieomal za świętą.

Aż urodziłam dziecko i przystawiłam je do piersi. I się okazało, że przystawienie rozdziawiającego buzię niczym ryba dzieciaka, to wcale nie takie rachu-ciachu. Że się to wije, buczy, wystający wielki cycek jest powodem do uczucia zażenowania. Że jak raz ssak mały użarł, to boli jak diabli. I że przystawiać można na siedząco, leżąco, a za każdym razem boli jak cholera. Że się też potrafią przypałętać grzybki, że krew z sutka potrafi tryskać, że nocne przekładanie dzieciaka z prawa na lewo wcale nie pomaga w nocnym wypoczynku. I że seks też tak jakby nie leży, jak z piersi tryska mleko i łóżko przypomina raczej reklamę mleczarni niż miłosny buduar.

O, na to nie czułam się przygotowana. Ale uparłam się mocno i zaczęłam chodzić do doradczyni laktacyjnej. Zaufanej, dobrej, takiej, która całkowicie poświęca się mamom z problemami. Najpierw uznała, że dziecko źle chwyta pierś. Potem rozpoznała grzybicę. Po wyleczeniu grzybicy rozłożyła ręce… I nie bardzo już wiedziała jak pomóc, bo karmienie po 4 miesiącach wciąż nie należało do przyjemnych. E tam, przyjemnych. Nie było nawet neutralne. Budziło we mnie lęk, niechęć i frustrację, która zakończyła się wraz z podaniem dziecku koszmarnej butelki z tym znienawidzonym przez fanów karmienia naturalnego rozrobionym proszkiem. Ulga, jaką poczułam wtedy była większa niż moje wiedza, moje przygotowanie, moje przekonanie, że będę długo karmić piersią moje dziecko pierworodne.

Ale na sali poporodowej, gdy wydałam na świat moje drugie dziecko, które kilka godzin później z powodu niewłaściwej techniki ssania zmasakrowało mi sutki, usłyszałam od szpitalnej doradczyni laktacyjnej:
– 4 miesiące pani karmiła? To jakby pani wcale nie karmiła…

Dla mnie były to 4 miesiące najwyższej troski o dziecko i bólu, a dla pani nic… Oto powody, dla których nie wspominam tego okresu jak miodowego miesiąca.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz