K: Halo? Co tam?
Ja: Bla bla Mały bla bla szpital bla bla płuca bla bla tydzień bla bla razem…
K: A to się przynajmniej wyśpisz i sobie odpoczniesz!

Jasne. Bo szpital to co najmniej sanatorium albo SPA. Dla matki z dzieckiem. Dziecko ma zabiegi, a ty matko relaksujesz się udając siedemnaste z kolei zwierzątko, intonując je na cztery różne sposoby.
Wysokie mjaaaaaałłłł znacznie bardziej przypada do gustu Drugiemu niż altowe mrruuuuu.
Przy tym pierwszym do siódmej minuty inhalacji jest spokój.
Pozostałe osiem musisz zagospodarować inaczej.

Oczywiście, najpierw jest patriotyczna piosenka o róży czerwonej z tupaniem nogami.
Potem – „Jedzie, jedzie chłop”.
Mjaaaaaałłłł to wisienka na torcie, najbardziej atrakcyjna.
Mogę powtarzać to kilkanaście razy bez obawy przed znudzeniem.
Przy kwiiiikkkk, chrum chrum, muuuuuu, ihhhhhaaaaaihhaaaaaa punkt irytacyjny Drugi osiąga już w trzeciej minucie.

Możesz też zrelaksować się podczas zabawy z dzieckiem. Przecież to takie oczywiste, że maluch nie mogący wyjść ze swojego pokoju przez tydzień, pozbawiony możliwości pełzania po podłodze jest uśmiechnięty i szczęśliwy siedząc w łóżeczku. Spokojnie możesz poczytać sobie gazety wrzucając tam kilka zabawek. Będą one prawdopodobnie upierdliwie wyrzucane, ale ty cierpliwie każdą z nich podniesiesz i wyparzysz lub co najmniej umyjesz gorącą wodą z płynem, bo mieszkasz w apartamencie, oznaczonym jako „reżim sanitarny”. Co tam, to czysty relaks, komu bowiem nie przyda się odrobina ćwiczeń rozluźniających na plecy?

Bo to nic, że chwilę wcześniej wykonałaś cała serię przyjemnych ćwiczeń wzmacniających z 12 kg obciążeniem – tańczyłaś zumbę, sambę i fokstrota, robiłaś przysiady, samoloty, udawałaś straż pożarną i usiłowałaś nakarmić dziecko, które od 3 dni nie je. Pewnie dlatego nie wiesz co znaczy permanentny ból kręgosłupa szyjnego i odcinka lędźwiowego, który nasila się przy każdej zmianie pozycji, oddechu i kroku tak, że łzy lecą Ci po policzku. Lekarze nie zabronili Ci dźwigać więcej niż 4 kg i nie rozpisali obowiązkowych zabiegów na kolejne 3 miesiące pod groźbą operacji bądź wózka inwalidzkiego… A jeśli to wiesz, to bez problemu możesz odłożyć twoje kochane obciążenie do łóżeczka i pozwolić, aby zajęło się sobą czyli np. wyrywaniem wenflonu misternie wkłuwanego przez 15 minut… Ewentualnie możesz próbować przywiązać dziecko do swoich kolan by poczytać mu książeczki, co zawsze kończy się targaniem stron i okładek. Według wszelkich źródeł jest to zabawa wyjątkowo rozwojowa i nie należy zniechęcać się notorycznym pożeraniem papieru…

Taka zrelaksowana możesz wczesnym wieczorem położyć się i odpocząć. Nie ma co prawda łóżek, są leżaki. A że nie dla wszystkich – trudno. Pozycja półsiedząca na krześle z głową opartą o szczebelki metalowego dziecięcego łóżeczka to przecież dla twoich super wyćwiczonych pleców pikuś. Chyba, że mąż sprezentuje ci łóżko polowe z Decathlona. Takie luksusy to już naprawdę fanaberia i nie waż się narzekać na ilość snu, skoro masz taką jego jakość.

O 22 zapada cisza nocna. Wtedy możesz odebrać leżak z magazynu lub rozłożyć swoje łóżko, o ile je masz i o ile na jego używanie pisemną zgodę wyrazi oddziałowa. Nie wcześniej i nie później – rozkładasz sprzęt punkt 22. Jeśli więc dziecko zaśnie o 20 a ty chciałabyś od razu położyć się po całym dniu, zwłaszcza mając przed sobą wizję trzykrotnej pobudki w nocy na podanie leków i pięciokrotnej na mleko/czułość/sprawdzenie czy jesteś/żal/kupę/zabawę/ryk –  nic z tego. Możesz za to posłuchać nowinek z życia szpitala, o których pielęgniarki perorują na cały głos w dyżurce. Może jakimś cudem uda Ci się rozłożyć łóżko wcześniej, bo na przykład nie odniesiesz go do magazynu, tylko schowasz za roletą. Nie licz jednak, że uda Ci się zasnąć, bo zaraz po tym, jak zaśnie dziecko, przyjdzie pielęgniarka z inhalatorem. I choć, z zasypiającym już na rękach maluchem, trzykrotnie prosisz w dyżurce o zrobienie inhalacji kwadrans przed „rozpiską”, kończysz z rozwścieczonym, bo obudzonym po 20 minutach od zaśnięcia dzieckiem na rękach. Cudem udaje Ci się je odłożyć do łóżeczka bez rozbudzania.

W końcu jednak dochodzi godzina 22 i z błogością po całym dniu relaksowania się padasz bezwładnie na niewygodną powierzchnię. Nie liczysz owieczek, nie robisz notatek ani listy zakupów przed snem, nie szykujesz starszemu dziecku ubrań do przedszkola na następny dzień. Nie rozkminiasz biznesowego maila, nie analizujesz ilości słów, które powiedział do ciebie mąż przez telefon. Cóż, taki twój przywilej poza domem, nie musisz. Po prostu padasz jak nieżywa z nadzieją na kilka godzin snu.

Zasypiasz mocno i naprawdę nie wiesz o co chodzi, kiedy o 22:20 z impetem do pokoju wpada pielęgniarka z zastrzykiem. Zapala światło, głośno informuje cię, że nie powinnaś trzymać butów blisko łóżka i opowiada o pierwszych truskawkach, które właśnie dziś kupiła i zjadła ze smakiem w ilości 2 kilogramów. Oczywiście z cukrem i śmietaną. Następnie rozbudzonemu i zapłakanemu dziecku podaje zastrzyk do wenflonu, co przecież mogłaby zrobić nie budząc go i nie zapalając wszystkich możliwych świateł. Nie wspominając o truskawkach. Ona wychodzi,  a ty kolejne 30 minut usypiasz zdenerwowane dziecko sama siedząc na łóżku i tuląc je do siebie, jakbyś leżała obok niego. Teraz to, czy siedzisz na krześle i czy masz łóżko polowe, nie ma już znaczenia. I tak nie możesz się na nie położyć.

Umiejętnym ruchem cyrkowca wyciągasz rękę spod poduszki malucha, podnosisz najciszej jak możesz barierkę zabezpieczającą, kładziesz się na łóżku wydając minimum odgłosów i zasypiasz jeszcze głębiej niż za pierwszym razem. Ale całodzienny relaks ma swoją cenę – po kwadransie znowu wpada pielęgniarka z kolejnym zastrzykiem. Znowu zapala światła, znowu zaczyna głośno opowiadać. Tym razem na szczęście nie o truskawkach a o swoim psie rasy jamnik.  Znowu bezceremonialnie budzi i ciebie i dziecko. Na pytanie o możliwość podania obu zastrzyków jednocześnie odpowiada twierdząco, ale dodaje, że wygodniej jej robić po kolei, nie na raz.  Jest to dla ciebie co najmniej dziwną logiką.

Orientujesz się, że jest trochę po północy. Tak, rzadko masz możliwość obserwacji pięknego, wrześniowego księżyca przez okno. Nie kładziesz się bo bo wiesz, że w ciągu najbliższych 60 minut będziesz karmić dziecko. Nie chcesz znowu być wyrwana ze snu. Na szczęście masz iPhona i komputer. Możesz więc na przykład zająć się czytaniem pudelka, bo na nic innego, pomimo najszczerszych chęci, nie masz zwyczajnie siły. Całodzienny relaks potrafi zmęczyć. Oczywiście twoje dziecko będzie głodne trochę później co spowoduje, że po zapełnieniu jego brzuszka okaże się, że do zwyczajowej pobudki wypadającej z reguły około godziny siódmej masz maksymalnie 5 godzin snu. To wielki optymizm, bo po pierwsze brzuszek będzie jeszcze głodny co najmniej raz, serduszko smutne i potrzebujące utulenia co najmniej dwa, a niepokojące sny wymogą okazanie czułości co najmniej trzykrotnie.

I kiedy już spokojnie, delikatnie, z czułością, uśmiechem i miłością wykonasz wszystkie te czynności możesz, maksymalnie zrelaksowana, położyć się na swoim łóżku. To nic, że od 4.30 pielęgniarki zaczynają mierzyć temperaturę (czy ktoś wie, dlaczego nie mogą mierzyć np. o 7?). To nic, że rolety w pokoju są zepsute i słońce świeci Ci prosto w oczy od 5 rano. To nic, że od 5.30 słyszysz wojnę na garnki w oddziałowej kuchni, z którą wcale nie sąsiadujesz. To nic, że o 6.30 powinnaś oddać sprzęt, na którym śpisz, do magazynu. To wszystko nic. Wszystkie te odgłosy docierają do Ciebie przez sen, ale ty nie zamierzasz się budzić bo wiesz, że masz jeszcze godzinę snu, co stanowi 25% twojego dobowego odpoczynku.

Ta godzina jednak okazuje się ułudą, bo kilka minut przed 6 do waszego pokoju wpada salowa. Głośno trzaska drzwiami, rzuca mopem, okłada szafki szmatą. Twoje grzeczne pytanie o możliwość późniejszego lub mniej energicznego sprzątania odbiera jako atak na swoją osobę i donośnie cię o tym informuje, bo „przecież ona jest w pracy”, oczywiście budząc dziecko. W końcu jesteś matką, sama tego chciałaś i na pewno dasz sobie po raz kolejny radę z wyjącym malcem. Tonem nie znoszącym sprzeciwu żąda złożenia łóżka/leżaka, choć mogłabyś pospać jeszcze całe pół godziny, co w tym momencie jest na wagę złota. Niestety, twoje łóżko przeszkadza jej w myciu podłogi . Akurat miejsce pod nim stanowi o jakości jej pracy, choć robi to okrutnie brudnym i śmierdzącym mopem płukanym w wodzie, którą umyła już pięćdziesięciometrowy korytarz. Skutecznie dba o twoją poranną formę zmuszając się do ekwilibrystyki na krześle, kiedy to dla odmiany próbujesz uśpić wyrwanego ze snu smyka lub po prostu przymknąć oczy, jakkolwiek w tej sytuacji czuje się reszta twojego ciała.

Zwykle po godzinie udaje się matce uśpić nadmiernie rozemocjowane dziecko. I znowu czas na pełen relaks. Trwa całe 10 minut, bo wpadają 3 studentki by zważyć malucha. Jedna z nich trzyma wagę, druga kartkę, trzecia długopis. Dreptają wyczekująco, bo powinnaś jak najszybciej obudzić malucha. 5 minut później może ważyć przecież inaczej.

Po nich przychodzą kolejne 4 studentki prześcielić łóżko dziecka „na wizytę”. Jedna z nich trzyma prześcieradło z lewej, druga z prawej, trzecia u dołu, a czwarta – u góry. Nie ma znaczenia fakt, że przy okazji ważenia dziecka bardzo dokładnie poprawiłaś łóżko. One na pewno zrobią to lepiej. Co ty bowiem wiesz o ścieleniu dziecięcego łóżeczka mając w domu dwoje dzieci i prowadząc dom jakieś 12 lat. Nie powinnaś się przemęczać, w końcu skoro już jesteś w szpitalu to wykorzystaj to na relaks.

Dzień później jesteś już mądrzejsza. Kładziesz dziecko na dodatkową drzemkę późnym popołudniem. Dzięki temu nie musisz go budzić na wieczorną inhalację i na pierwszy zastrzyk.  Przyjmujesz bowiem założenie, że po nim pójdziecie spać razem. Jakież jest twoje zdziwienie kiedy o 22:20 nikt nie przychodzi. Zasięgasz informacji i okazuje się, że dziś oba będą o północy. Do 6 rano masz więc powtórkę z rozrywki, ale pomna ekspresji salowej i pełna szacunku do jej pracy, budzisz się przed godziną 6, składasz łóżko, ogarniasz pokój.

I czekasz. Czekasz. Czekasz…
Do godziny prawie 8. Niespodziewanie okazuje się, że dziś umycie podłogi w waszym pokoju oraz ważenie dziecka mogło jakimś cudem poczekać. Mogłaś też sama pościelić łóżeczko. Chyba zdobyłaś zaufanie. Bo wszystko to w ramach dbałości o komfort twój a przede wszystkim dziecka, które nie rozumie gdzie jest, co się z nim dzieje, źle się czuje i kompletnie nie zna miliona tych osób, które co chwila zachwycają się jego piżamką.

Tak to właśnie, przy tej nieprzyjemnej okazji, odpoczniesz sobie, matko Dziecka w Szpitalu.

Yoga woman meditating

1 KOMENTARZ

  1. Moje doświadczenia są inne. Łóżka za 5zł za dobę – oddziałowe i choć metalowe i skrzypiące to stały w sali cały czas i na nim właśnie spędzało się większość czasu. Gdy do sali wchodziły pielęgniarki bardzo późno lub bardzo wcześnie, zadowalały się światłem w „przedsionku” pokoju (tam gdzie był zlew). W czasie nocnego mierzenia temperatury lub podawania leków, poruszały się cichutko jak myszki. Salowej praktycznie nie pamiętam – zatem nie mogła być uciążliwa. Ale relaks przy dziecku z gorączką 40st, które jest przerażone pobytem w nowym miejscu…

Odpowiedz