Spędzam dziś z Drugim drugą dobę w szpitalu. Bez wdawania się w szczegóły: późnym wieczorem tuż po zaśnięciu, zaczął się dławić własnym kaszlem, a konkretnie organiczną wydzieliną, zwaną potocznie flegmą. Zablokowała mu ona drogi oddechowe tak, że wpadł w bezdech co w okamgnieniu przeistoczyło mnie w ratownika medycznego trzeciego stopnia ze specjalizacją spiderman – wyszarpałam Drugiego z łóżeczka za którąś nogę, w powietrzu ładując mu z otwartego liścia między łopatki co najmniej dwukrotnie, po czym bezceremonialnie wsadziłam mu do gardła po kolei każdy z palców nie pamiętam której dłoni, co poskutkowało wypluciem flegmowej kulki wielkości orzecha włoskiego… Ratowany zaczerpnął powietrza, zaczął głośno oddychać i wydawać odgłosy, ale zapadała mu się klatka piersiowa i coś furkotało, świszczało, cicho gwizdało. Sufler w głowie kazał mi w trybie natychmiastowym zapakować go w lekko obrzyganą kołdrę a siebie jak stałam w croscy męża i ruszyć dupę do szpitala, co też w locie, nieomal skacząc po budynkach, uczyniłam. Wszystko jedno czy to był faktycznie sufler czy anioł, aspekt religijny tej sytuacji jest zupełnie nieistotny choć ufam, że istnieje siła wyższa, która sprawia, że matka po prostu WIE co robić.

Pan ratownik obsługujący punkt informacyjny w izbie przyjęć zobaczywszy mnie z dzieckiem na rękach, wyczytał na mojej twarzy, że inna opcja niż „natychmiast do lekarza bez pieprzenia o papierach” nie ma szans. W trzy minuty byłam pod pokojem lekarskim, z którego po kilku sekundach wyszła pani doktor by sprawdzić, czy to co ja nazywam „zagrożeniem życia” dziecka faktycznie nim jest. Oczywiście, na szczęście, wspaniale – nie było. Wstępną diagnozą było zapalenie krtani, ale wtórną zapalenie płuc. Jeszcze przed przyjęciem na oddział zalecono nam inhalację, która nieco ograniczyła duszność i zdecydowanie poprawiła moją kondycję psychiczną. Chwała pani doktor za szybkość i działanie, pomimo słabej komunikacji – tak naprawdę nie liczy się nic w momentach trwogi o potomstwo.

Jak na standardy, o których słyszałam, procedura przyjęcia nas na oddział trwała wyjątkowo krótko – jedyne 20 minut (czy w przypadku zagrożenia życia jest na nie czas?) i 15 stron do podpisania. Oczywiście, że nie czytałam, pomimo zapewnień pani doktor wciąż byłam przerażona wcześniejszym bezdechem oraz dusznościami i wszystko bym podpisała, by Drugi otrzymał pomoc. Tylko jeden punkt rzucił mi sie w oczy na drukowanym dużymi, czarnymi literami regulaminie: zakaz spania z dzieckiem. Zdecydowanie może to bowiem przeszkadzać w hospitalizacji…

Zajęliśmy apartament Kubusiowy, czyli pokój 2×3 z odrapanymi ścianami ozdobionymi całkiem przyjemnymi malunkami Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, gdzie po prawie 3 godzinach miałam możliwość na chwilę zdjąć moje kochane 12 kg z rąk. Drugi otrzymał kolejne dawki leków – kroplówkę, leki ułatwiające odkrztuszanie i po jakimś czasie – antybiotyk. Jak na razie wcale dobrze się nie ma, i choć piszę z lekkim dystansem to nie dajcie się zwieść – łzy leją mi się po klawiaturze. Tym bardziej, że nie ma tu szans na przymknięcie oka – do dyspozycji rodziców, i to tylko nielicznych ze względu na ograniczoną ilość, są leżaki, jakby plażowe, w których jedyna pozycja jaką można przyjąć to półsiedząca. Spać na siedząco ani na plecach nie potrafię i nie mogę (zakaz ortopedy, ale o tym innym razem). Dodając do tego stres, łzy i Drugiego, który nijak nie rozumiał dlaczego o godzinie 23:00, co jest standardową porą na pierwsze mleko a nie inhalowanie lub zwiedzanie szpitala, jest w zupełnie obcym miejscu i nie śpi w dużym łóżku z mamą wychodzi, że ilość mojego snu wyniosła 0,2h.

Ale to wszystko nie jest ważne, dziś nie liczy się nic. Jeśli parametry Drugiego poprawią się jutro choćby o 0,001% mogę być niewyspana, brudna, brzydka i głodna, stracić pracę, znajomych i mieszkać kątem u teściowej. Wszystkie aspekty życia szarzeją, kiedy dziecko jest chore, a ty jedyne co możesz zrobić to zaufać lekarzowi, który tak naprawdę jest przecież zupełnie obcym człowiekiem.

M.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz