Jest ostatni dzień maja, a ja z córkami pojechałam na pierwszą prawdziwie rowerową wycieczkę.

Córka Pierwsza na swoim różowym rowerze z księżniczką, różowym koszykiem i różowym krzesełkiem dla lali, ja na starej holenderce z Córką Drugą w foteliku rowerowym za plecami. Jechałyśmy powoli, ale wspólnie. Córka Pierwsza chodnikiem, ja wzdłuż ulicy, prosto do miejsca, w którym na słupie znajduje się bocianie gniazdo. To chyba z półtora kilometra w każdą stronę. Córka Pierwsza dzielnie pedałowała i chociaż wciąż jeździ z bocznymi kółkami podpiętymi do tylnego, oczywiście różowego koła, to jednak była z siebie bardzo dumna. A ja poświęciłam jej mowę, w której przypomniałam, jak to jeszcze miesiąc temu nawet na rower nie potrafiła wsiąść, a dzisiaj pedałuje, zawraca, na wycieczki jeździ. Myślicie, że zaznaczony w kalendarzu Dzień Dziecka ma w takim momencie dla niej jakiekolwiek znaczenie? Czy to, że otrzyma zestaw do modelowania włosów Barbie albo szlafrok z księżniczkami sprawi jej większą radość niż ta godzinna powolna wycieczka rowerowa do bociana i z powrotem? Mam nadzieję, że nie. Bo staram się, by okazji do codziennej radości było sporo. Niekoniecznie muszą to być okazje pochodzące ze sklepu z zabawkami.

Lubię zabierać je na plac zabaw lub na plażę, gdzie daję im pełną swobodę. Mogą się wspinać bez mojego gderliwego „uważaj, bo spadniesz”, mogę leżeć w piasku i stopami ugniatać błoto, mogą czasami zjeść bułkę znalezioną w trawie i oblizać brudne od ketchupu z frytek paluszki, a nawet wetrzeć je w spodenki. Mogą także moczyć się w zimnej wodzie w dmuchanym basenie lub uciekać przede mną, gdy po podwórku biegam z ogrodowym wężem, z którego leci lodowata woda.

Chociaż często nie mam na to ochoty, to gram z nimi w piłkę i układam puzzle albo sadzam je na kuchennym blacie, na którym przekładają bambusowe łyżki i różnej wielkości miarki do mąki i przypraw, mimo że nóżki mają brudne i teoretycznie nie wypada. I gdy siedzą w wannie rozdzierają na strzępy gąbkę do kąpieli i śmieją się przy tym do łez i nikt im w tym nie przeszkadza. A w Dniu Dziecka… po prostu złożę im życzenia, obleję je wodą w ogrodzie, pozwolę nie dojeść obiadu i dam do wylizania miskę po bitej śmietanie, a wieczorem pozwolę zasnąć im w moim łóżku. Bo moje dzieci święto mają codziennie.


Matka Sanepid – czyli Aleksandra Michalak, autorka bloga, w którym od września 2011 roku ciętym językiem opisuje swoje zmagania i błędy wychowawcze. Absolwentka politologii i kulturoznawstwa, mama dwóch córek, mieszkanka Wejherowa. O tym, jak postrzega swoją macierzyńską rzeczywistość, można przeczytać na stronie www.matkasanepid.pl, w książce powstałej pod koniec 2012 roku w oparciu o prowadzonego bloga oraz na portalu www.siostraania.pl, gdzie regularnie będzie dzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz