Już nie pamiętam, kiedy Walentynki pojawiły się w naszym polskim kalendarzu. Przyszły nagle, rozsypały miliony gadżetów w kształcie czerwonych serc, nazwały „walentynką” kartkę/prezent z tej okazji i zostały. Początkowo przyjęte nawet entuzjastycznie, z ciekawością, z biegiem ledwie kilku lat stały się świętem wyśmiewanym, ignorowanym i negatywnie wyzywanym od tych „hamerykańskich” zwyczajów, podobnie jak Helloween.

Sprawdziłam interentowe fora. Najczęstszymi odpowiedziami na pytanie „Dlaczego nie lubisz Walentynek?” są: „Bo są głupie”, „Bo nie mam partnera”, „Bo Polacy zrobią wszystko, by upodobnić się do amerykańskich braci”, „Bo nie lubię amerykańskich zwyczajów”.

Za to bardzo lubimy na przykład amerykańskiego McDonald’s (Burger King, KFC itd…). I choć z jego powodu, między innymi, Amerykanie są najbardziej otyłym narodem świata, nie przeszkadza to niektórym Polakom żywić tam regularnie siebie i swoje dzieci. Przejeżdżam koło „Maka” prawie codziennie o różnych porach i ZAWSZE jest tam pełno ludzi… Sama też sporadycznie korzystam.

Nie patrzymy też podejrzliwie na podpaski Always, szampon Pantene, produkty Gillette, pastę Blend-a-Med czy proszek Vizir, należące do amerykańskiego Procter & Gamble. Ba, nawet amerykańskie Pampersy są u nas mile widziane! Nie zastanawiamy się nad tym, że pijąc Kroplę Beskidu, sok Cappy czy Nestea dajemy zarobić amerykańskiej Coca-Coli. Zajadamy się zdrowymi Sunbites tak pięknie reklamowanymi przez Małgosię Sochę, pijemy bezcukrowy sok pomidorowy Toma i kolejną wodę o swojsko brzmiącej nazwie – Krystaliczne Źródło, prosto od amerykańskiego Pepsico.

Naszym dzieciom smarujemy odparzone pupy kremem Penaten, a sobie zakrapiamy zmęczone oczy kroplami Visine prosto od Johnson&Johnson. Uwielbiamy serek Philadelphia, który chyba ze wszystkich wymienionych powyżej przeze mnie produktów jest nam najbliższy – pochodzi bowiem z Chicago, ulubionego miasta Polaków na emigracji, tak jak jego producent Kraft Foods, jeden z największych amerykańskich koncernów.

Nie przeszkadza nam, że pracujemy głównie na oprogramowaniu lub sprzęcie Micorsoft, IBM, Apple czy Hewlett-Packard. Kochamy usługi Google i lajki na Facebooku. Wysyłamy przesyłki UPS, choć ich historia jest w Polsce krótsza niż historia Walentynek. Już nie wspomnę o tym, jak bardzo lubimy amerykańskie filmy czy muzykę.

I wszystko byłoby ok, gdyby nie amerykańskie Walentynki. Właśnie one przeszkadzają nam, nie wiedzieć czemu, najbardziej. Bo czerwono-słodkie dekoracje, wszechobecne serduszka i walentynkowe konkursy zdecydowanie utrudniają nam życie. Nie możemy pracować, nie możemy się skupić i jesteśmy mniej efektywni. Nie daj Boże, jakaś nowa osoba w pracy zdecyduje się umilić wszystkim ten dzień czekoladką w kształcie serca. To zdecydowanie jest powód, żeby mieć zepsuty humor przez co najmniej nadchodzący weekend. Ten okropny kicz – na każdym kroku serduszka i napisy „I love you”, to cios w serca wszystkich samotnych, rozwiedzionych i owdowiałych. My nieszczęśliwi, wciąż narzekający Polacy nie znosimy Walentynek, choć na ich amerykańskiej idei zarabia polski biznes i głównie lokalna przedsiębiorczość.

A moim zdaniem to taka poza. Bo tak naprawdę każdy z nas chciałby dostać walentynkę – czy to od tajemniczego wielbiciela, czy od przyjaciela, który kocha się w nas od lat, czy od długoletniego partnera lub żony/męża, czy też po prostu od kogoś nam bliskiego, tylko trudno jest nam się do tego przyznać. W moim rozumieniu Walentynki to nie tylko święto zakochanych, ale święto miłości w ogóle – do dzieci, rodziców, krewnych i przyjaciół. Nie wiem jak Wy, ale ja moich kocham.

To też święto miłości do SIEBIE i ja nie mam problemu z tym, żeby kupić SOBIE walentynkowy prezent: pudełko pysznych czekoladek, piękną różę czy zafundować sobie manicure. Dlatego uważam, że Walentynki są dla wszystkich i powinniśmy czerpać z nich tylko dobrą energię. Sama rozdaję walentynki przyjaciołom i jest mi strasznie miło, gdy otrzymuje podobne.

Jasne, trzeba kochać się codziennie i okazywać sobie miłość na każdym kroku i 14 luty nie jest jedynym dniem w roku, kiedy powinniśmy to robić. Ale może warto o tym dniu po prostu pamiętać, choćby przez wzgląd na osobę samego Świętego Walentego, który w III wieku udzielał zakazanych ślubów młodym legionistom? Panujący wtedy cesarz Klaudiusz II Gocki uważał, że najlepszymi żołnierzami są ci, którzy nie mają rodzin i dlatego zakazał ślubów i w efekcie tego, wtrącił Walentego do więzienia. Tam biskup zakochał się w niewidomej córce strażnika, która pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok, za co Walenty na polecenie cesarza został stracony właśnie 14 lutego 269 roku.

Ja więc odbieram ten dzień jako święto miłości, w każdej ilości i w stosunku do każdej osoby, bo miłość sama w sobie jest główną wartością naszego życia. A argument, że „miłość trzeba okazywać codziennie” traktuję z lekkim dystansem, choć oczywiście okazuję ją codziennie wszystkim kochanym przez mnie osobom. Urodziny dzieci teoretycznie obchodzę raz w roku, co nie znaczy, że nie jestem CODZIENNIE wdzięczna za ich przybycie na świat. Imieniny również obchodzę raz w roku, choć CODZIENNIE mam tak samo na imię. Nawet święta kościelne obchodzimy raz w roku, choć przecież codziennie wierzymy w Boga i modlimy się do Niego.

Dlatego będę obchodzić Walentynki z radością i uśmiechem. Będę wdzięczna za każdego, nawet najbardziej oklapniętego kwiatka i w połowie zjedzone czekoladki. Kartkę ze zwyczajnym, czerwonym sercem i bardzo amerykańskim „I love you” postawię dumnie przy lustrze w przedpokoju, a potem schowam do magicznego, walentynkowego pudełka. Może zjem coś dobrego na kolację i posiedzę przy lampce wina Z OKAZJI Walentynek.

Może dlatego, że jako pracująca w „internetach” (czyli głównie wieczorem) i na prawie trzech etatach matka dwóch małych jeszcze rozrabiaków, którzy pomimo delegacji do łóżek o 20 zasypiają grubo po 21, mało mam okazji, by spędzić wieczór we własnym domu robiąc tak zwane „nic”? Bo przecież zawsze jest coś do zrobienia, umycia lub wyprasowania :). A Walentynki dają mi pełne usprawiedliwienie, by o tym wszystkim na chwilę zapomnieć. Czerpię więc z tego „hamerykańskiego” zwyczaju ile tylko się da i cieszę się, że ktoś wymyślił dzień, który w całości bezkarnie mogę przeznaczyć na celebrowanie miłości, w każdej jej postaci.

M.

 

 

 

 

 

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz